Przez ponad dekadę w Pamarhurt sprowadziłem setki ton odzieży używanej i widziałem już chyba wszystko, jeśli chodzi o import z Wysp. Kiedyś sprawa była prosta. Ktoś brał busa, jechał do Anglii, ładował zrzut z kontenerów i wracał na magazyn bez zbędnej papierologii. Te czasy jednak bezpowrotnie minęły, a rynek brutalnie zweryfikował tych, którzy nie potrafili dostosować się do nowych realiów prawnych.
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wywróciło naszą branżę do góry nogami. Z dnia na dzień Anglia stała się tak zwanym państwem trzecim. Dla importerów i właścicieli sklepów second-hand oznacza to twarde lądowanie w rzeczywistości pełnej procedur celnych. Pojawiły się numery EORI, zgłoszenia w systemach, cła i podatek VAT płacony na granicy. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Problemem, o którym najczęściej zapominają początkujący przedsiębiorcy, jest twarda papierologia sanitarna.
Czego dowiesz się z tego wpisu?
Jeśli chcesz legalnie wprowadzić brytyjski towar na polski rynek, musisz posiadać świadectwo dezynfekcji i dezynsekcji. Z moich obserwacji na halach hurtowni wynika, że to właśnie lekceważenie tego jednego dokumentu najczęściej kładzie na łopatki nowe biznesy. Zgodnie z polskim prawem odzież używana sprowadzana z zagranicy w celach handlowych musi być rygorystycznie odkażona i wolna od drobnoustrojów chorobotwórczych, owadów czy grzybów.
Dokument, o którym mowa, to nie jest zwykła karteczka z przypadkową pieczątką, którą pośrednik drukuje na kolanie w busie. Pełnoprawne zaświadczenie, respektowane przez polskie urzędy, musi zawierać bardzo konkretne informacje:
Gdy towar z Anglii dojeżdża do polskiej granicy, celnicy i urzędnicy z granicznej kontroli sanitarnej sprawdzają dokumenty pod lupą. Brak oryginalnego zaświadczenia to niemal pewne zatrzymanie ładunku. Koszty postoju ciężarówki na granicy i ewentualnej utylizacji nielegalnego towaru to kwoty, które potrafią błyskawicznie zabić budżet każdej mniejszej firmy.
Często widzę, jak początkujący właściciele sklepów kupują towar z niepewnych źródeł, skuszeni o kilka złotych niższą ceną za kilogram. Biorą niesort od anonimowego dostawcy, który nie wystawia faktury i nie przekazuje kopii certyfikatów sanitarnych. To potężne ryzyko finansowe.
Gdy do Twojego lokalu wchodzi rutynowa kontrola z Sanepidu, urzędników nie interesuje to, jak pięknie masz wywieszakowany cream na sklepie. Proszą o dokumenty. Jako właściciel second-handu masz bezwzględny obowiązek udowodnić, że każda partia ubrań znajdująca się na wieszakach i w koszach przeszła odpowiedni proces odkażania. Jeśli zaopatrujesz się w legalnie działającej hurtowni, do każdej faktury zakupowej powinieneś otrzymać kopię świadectwa dezynfekcji. Wpinasz to w segregator, kładziesz na zapleczu i pracujesz ze spokojną głową.
Jeśli inspektorzy stwierdzą brak dokumentacji, narażasz się na dotkliwe kary finansowe, a w skrajnych przypadkach nawet na nakaz natychmiastowego zamknięcia lokalu i konfiskatę towaru. Przy obecnych kosztach utrzymania pracownika i opłatach za wynajem lokalu żaden sklep nie może sobie pozwolić na takie przestoje.
Zarządzanie ryzykiem w handlu odzieżą używaną polega na mądrym budżetowaniu i wyborze rzetelnych partnerów biznesowych. Nie szukaj pozornych oszczędności na braku certyfikatów, bo prędzej czy później zapłacisz za to z własnej, wypracowanej marży. Wymagaj od swojego dostawcy pełnej transparentności i kompletu dokumentów do każdego kupionego worka czy palety. W ten sposób realnie zabezpieczysz swój biznes, ochronisz włożoną w niego gotówkę i zagwarantujesz klientom, że kupują towar z pewnego, bezpiecznego źródła.
Autor: Mateusz Płusa, Manager w Pamarhurt — hurtowni i bezpośrednim importerze odzieży używanej z Wielkiej Brytanii. Od ponad dekady pomaga sklepom z odzieżą używaną w zaopatrzeniu w wysokiej jakości towar gwarantujący wysokie marże i zadowolenie klientów.